O autorze
Doświadczony pilot rajdowy. Startował m.in. z Tomaszem Czopikiem, Grzegorzem Grzybem, Maciejem Lubiakiem czy Janem Chmielewskim. Rajdy zna od podszewki - zarówno od strony sportowej jak i finansowej. Druga z pasji to kolarstwo. Na łamach natemat.pl podzieli się wrażeniami z drogi: od kompletnego laika do (trzymamy kciuki) tytułu Mistrza Polski Amatorów w kolarstwie, hołdując maksymie "chcieć to móc".

Gdyby...

Rajdy samochodowe nie są egalitarnym sportem. Ba, ciężko mi znaleźć choć klika równie dyskryminujących. Ostatnio frapują mnie pytania: jak wyglądałyby, gdyby pieniądze nie miały znaczenia?

Chwilę mnie tu nie było, spieszę więc nadrabiać zaległości, obiecując jednocześnie poprawę.



Pytanie postawione na wstępie zaczerpnąłem z jednego z wykładów Alana Wattsa - brytyjskiego filozofa. Dla zainteresowanych, krótki film z jego wypowiedzią:



Postawił on hipotezę, która w skrócie brzmi następująco: jeśli NAPRAWDĘ lubisz coś robić - zapomnij o pieniądzach i po prostu to rób. Z czasem staniesz się w tym ekspertem i zaczniesz pobierać za to godziwe wynagrodzenie. Utopia..?
Na pierwszy rzut oka - tak. Szczególnie w przypadku sportu tak drogiego, jak rajdy. W naszym środowisku krąży "branżowy" żart, oddający nieco istotę sprawy:
- Ile pieniędzy mogą kosztować starty w motorsporcie?
- Wszystkie.

Dokładnie rok temu byłem uczestnikiem kuluarowej dyskusji na temat budżetów, jakimi dysponują krajowe zespoły. Ku mojemu zdziwieniu, nawet przedstawiciele mediów zajmujących się sportami samochodowymi grubo mylili się w swoich szacunkach. A te można przecież oprzeć o wyliczenia na podstawie "modelowego" sezonu w RSMP (Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Polski).

Załóżmy, że nasza fikcyjna załoga rozważa starty samochodem, który pozwoli im konkurować o "pudło" klasyfikacji generalnej. Czyli np. pojazdem klasy Super2000.
Pełny sezon RSMP składa się z siedmiu eliminacji, każda o długości około 170 kilometrów oesowych. Aby liczyć się w walce o zwycięstwo, warto byłoby przed każdym przejechać od 50 do 100 kilometrów testowych (uśrednijmy więc do 80). Ile to kosztuje? Różnie. W zależności od klasy samochodu oraz (a może przede wszystkim) klasy stajni, z której skorzystamy, to wydatek rzędu 170-250 euro. Za każdy przejechany kilometr.
Dalej rachunek jest więc prosty: 7 eliminacji razy 250 kilometrów razy 200 euro za kilometr (tyle kosztuje stajnia, której auto daje wystarczająco duże prawdopodobieństwo bezawaryjnej "podróży"). To daje nam 350.000. Euro. Czyli około półtora miliona złotych.
A to jedynie część kosztów, które nasz zespół musi ponieść - doliczmy wpisowe na poszczególne rajdy (w sumie kilkadziesiąt tysięcy złotych), hotele, paliwo na zapoznanie itd. Zauważcie również, że nie dotknęliśmy nawet tak newralgicznej sprawy, jaką jest "ogranie" startów/sukcesów naszej załogi w mediach. To z pewnością kolejnych kilkaset tysięcy złotych. Nie jest więc wielką tajemnicą, że nawet w Polsce, kilka zespołów rokrocznie dysponuje budżetem w okolicach miliona dolarów rocznie. A teraz wyobraźcie sobie sezon startów w Mistrzostwach Świata, składający się z kilkunastu rajdów (każdy po około 330 kilometrów oesowych) i 500-600 euro za przejechany km.

Czy można więc osiągnąć sukces w tym sporcie, nie posiadając gigantycznego zaplecza finansowego? Czy można zarabiać na startach?
Na pewno zarabiają na nich piloci (na całe szczęście ;). A co z kierowcami? Czy sam talent wystarczy?
Na pewno wystarczył w dwóch znanych mi przypadkach.
Pierwszy z nich na niemalże dekadę zmonopolizował Mistrzostwa Świata. Mowa oczywiście o "robocie" z Haguenau - Sebastienie Loebie. Jest on "produktem" francuskiego systemu szkolenia, obejmującego mecenatem najzdolniejszych młodych kierowców i finansującego ich karierę aż po starty w samochodach klasy WRC.
Drugi oszlifowany diament, bez zaplecza w postaci rodzinnego finansowania, to człowiek który przez pół (na razie) dekady zmonopolizował polskie rajdy - Kajetan Kajetanowicz. Droga "Kajtka" na polski szczyt to splot kilku czynników. Z nich najważniejsze to: talent oraz tzw. łut szczęścia. To drugie bez pierwszego nie funkcjonuje.

Oba przypadki łączy jedno - dwaj mistrzowie, od najmłodszych lat, robili dokładnie to, co sprawiało im największą frajdę. Po latach stali się ekspertami na tym polu i ktoś zdecydował się im za to płacić. Dokładnie tak, jak "przewidział" to Alan Watts.

Jak wyglądałyby więc kroniki Mistrzostw Polski i Mistrzostw Świata, gdyby pieniądze nie miały znaczenia? Czy tak często powtarzałyby się w nich nazwiska Loeba i Kajetanowicza? Nie wiem. Śmiem jednak twierdzić, że kilku równie utalentowanych kierowców po świecie stąpa. Czego im brakuje? Raczej nie pieniędzy. Może motywacji? Może determinacji? Może splotu okoliczności, zwanego szczęściem?
Jakie jest Wasze zdanie?
Trwa ładowanie komentarzy...