O autorze
Doświadczony pilot rajdowy. Startował m.in. z Tomaszem Czopikiem, Grzegorzem Grzybem, Maciejem Lubiakiem czy Janem Chmielewskim. Rajdy zna od podszewki - zarówno od strony sportowej jak i finansowej. Druga z pasji to kolarstwo. Na łamach natemat.pl podzieli się wrażeniami z drogi: od kompletnego laika do (trzymamy kciuki) tytułu Mistrza Polski Amatorów w kolarstwie, hołdując maksymie "chcieć to móc".

Marchwi chcę!

Na studiach tłuczono mi, że marchew będzie zawsze lepszym motywatorem niż kij. Jednak to kijem egzekwowane jest posłuszeństwo wobec przepisów ruchu drogowego.

Do poniższych przemyśleń skłoniły mnie dwa fakty. Po pierwsze: ilość policyjnych patroli i radarów, czyhających na nas w trakcie Rajdu Świdnickiego. Co bardziej dociekliwi doszukaliby się pewnie związku pomiędzy ową gorliwością a wysokością dodatkowych kar, które ponosi każdy "przyłapany" kierowca, biorący udział w rajdzie. Jeśli mnie pamięć nie myli, pierwsze takie wykroczenie (o choćby 5km/h więcej niźli pozwala limit) to dodatkowy wydatek rzędu 2000 złotych, zasilający budżet Automobilklubu Sudeckiego (organizatora rajdu). Drugi przypadek złamania przepisów to 5000 złotych kary. Niemało.



Drugi zaś powód moich rozważań to nie tak dawna "afera" medialna z "udziałem" ministra Jacka Rostowskiego tłumaczącego, że zwiększona ilość fotoradarów na polskich drogach ma służyć tylko i wyłącznie poprawie bezpieczeństwa ruchu drogowego nie zaś (jak to "złośliwi" internauci skrzętnie wytknęli) poprawie stanu budżetu państwa.

Byłaby to polemika z cyklu: "moja prawda jest mojsza", gdyby nie fakt, iż w prosty sposób można ów dyskurs rozstrzygnąć. Niniejszym bardzo więc proszę (wiem, wiem - naiwnie i utopijnie), by mi/nam ową tezę udowodnić. Jak?

W budżecie na rok 2013 założono wpływy z mandatów w wysokości 1,5 miliarda złotych. Czyli: "okładając kijem, wytrzęsiemy półtora dużej bańki". A mnie to się zamarzyło, by przynajmniej część tej kwoty stała się marchewką. Przecież walczymy o bezpieczeństwo, nie o mniejsza dziurę w budżecie!

Gdyby więc tak rozdysponować, dajmy na to, miliard z powyższej kwoty wśród tych, którzy przepisów nie łamią. Ot tak, w formie nagrody. Zasady ultraproste: nie jeździsz - nagrody nie ma; jeździsz niewiele, nie łamiąc przepisów - dostajesz proporcjonalnie mniej od tego, który jeździ dużo i również zgodnie z prawem; popełniasz wykroczenia - wypłata Ci się nie należy (lub jest proporcjonalnie ograniczona). Proste, nie? (I naiwne - wiem, wiem ;)

Zakładając jednak na moment, że nawet najbardziej naiwne rozwiązania mają rację bytu w określonych okolicznościach, możemy sobie wyobrazić, iż postęp techniczny umożliwia montaż urządzeń GPS, pozwalających na dokładny odczyt prędkości z jaką porusza się pojazd. Czyli kierowca, który pokonuje 100.000km rocznie mógłby być przez "Wielkiego Brata" w trakcie każdego z tych kilometrów "obserwowany". Stuprocentowa skuteczność w przestrzeganiu przepisów ruchu drogowego, skutkowałaby wypłatą nagrody w wysokości np. 50.000 złotych. Zakładam, że niewielu byłoby takich, którzy nie przystąpiliby do takiego "wyścigu" (choć to akurat w tym przypadku mało adekwatne słowo ;).

Zauważcie również, że wystarczyłoby kilku "poprawnych" a cała reszta i tak musiałaby prędkość dostosować i w karnej kolumnie dziarsko kilometry połykać. Wspominałem już, że proste..?

No i bezpiecznie zrobiłoby się od razu. Dokładnie tak, jak chce minister Rostowski. :)
Trwa ładowanie komentarzy...